11:33

Rok z bassetem- historia prawdziwa

Rok z bassetem- historia prawdziwa



Wczoraj minął rok odkąd zobaczyłam po raz pierwszy coś, co miało stać się moim psem. Wtedy wyglądało jak nie do końca okreslonego pochodzenia ślepa kluska. Obiecali, że urośnie na basseta, to uwierzyłam. Zarezerwowałam. Czy wiedziałam wtedy, że życie mi stanie na głowie, a poczytalność będzie mglistym wspomnieniem? Pewnie należało się spodziewać.

Oszalałam na punkcie tego stwora. Pewnie dlatego, że reprezentuje dokładnie to, czego jako dorosła osoba chciałam od psa. Ta mordka to już w dzieciństwie mi się podobała. Moment utraty poczytalności udokumentowano. Wyglądał tak:


Albo tak:


Ciężko określić, kiedy poczułam się opiekunem tego (już całkiem na basseta wyglądającego) stworka.

Pierwszym poważnym odkryciem było to, że nie kupiłam psa. Kupiłam nos.


Cała reszta jest tylko tego nosa przedłużeniem, o długości adekwatnej do klasy nosa. Mała ilustracja:
video

Notes jest kompletnie zdominowany przez swój zmysł powonienia. W jego hierarchi ważności stoi on na ex equo pierwszym miejscu z jedzonkiem i spaniem. Zwycięzcy są wybierani na potrzebę chwili. To też narzuca nam konkretne aktywności- nie chodzę psa wybiegać, chodzę na węszonko. Nie ma dla niego fajniejszego spaceru nad taki, na którym może w spokoju obwąchać wszystko co by chciał. Spacerujemy więc noga za nogą pod dyktando nochala. Całkiem to pasuje i do mojej natury, taki kontemplacyjny spacer naprawdę dobrze mi robi. 

Mówiąc generalnie, niczego nie żałuję. Mój pies jest tym, co od psa chciałam. Owszem, wybrałam trudną rasę. Z tym nie podyskutuję. Mimo wszystko to, na czym naprawdę nam zależało, dało się psu wpoić. Notes (prawie) nie jada pod chmurką. Prawie, bo istnieje jedna rzecz, która stanowi pokusę nie do pokonania. Skóra z banana. Nie pytajcie. Po prostu jest atrakcyjna bardziej nawet niż sardynka, wołowe serce czy parówka. 
W tej chwili już nie niszczy nic i ogarnia gdzie w mieszkaniu nie wolno wchodzić. 
Całkiem nieźle działa nam przywołanie. Jak (rzadko już, sardynki czynią cuda) nie działa, znaczy, że tam coś pachnie i przyjdzie jak powącha. Przyjdzie. 
Jest może jeszcze parę rzeczy, nad którymi tak naprawdę pracowaliśmy. Reszta... świadomie wybrałam nieposłusznego psa, poza funkcjonalnymi podstawami po prostu mi jego posłuszeństwo czy jego brak nie robi.

Równocześnie, na aktualnym poziomie rozwoju psiej osobowości posiadam zwierzę niezwykle bystre (ok, cwane, ale to nie jest głupota). On świetnie zna komendy, po prostu wie, że jego niespodziewane posłuszenstwo moze być kartą przetargową, więc wykonuje je okazjonalnie. (Istnieje góra anegdot na potwierdzenie.)
Nie znam łagodniejszego zwierzęcia. Może nie poznałam. 
Pies się nie boi. Ewentualnie jak coś mu nie do końca pasuje to przyjdzie się przytulić. Tylko tyle.

I ta najpiękniejsza rzecz- on nie zapamiętuje negatywów. Pan weterynarz to fajny gość, zawsze mnie pomizia, czasem nawet da ciacho. To co przed mizianiem nie było fajne? A nie pamiętam, ważne, że miział, więc 100 metrów od gabinetu wpadam już w podekscytowanie, przecież idziemy tych miłych ludzi odwiedzić. A ten pies co mnie tak po uszach pogryzł, że aż dziura była? Nie pamiętam, pomerdam ogonem, może dziś zabawa wyjdzie lepiej. Taki jest schemat. Tak to wygląda ze wszystkimi psimi zmorami.

Trzeci aspekt, który w tej chwili mam już nieźle zweryfikowany, to pielęgnacja szanownej psiej fizjonomii. Tu też bez zaskoczeń. Odrobiwszy pracę domową przed zakupem psa nie zdziwiliśmy się zanadto. Napewno nie jeden crosfitter nie nadzwigał się w ostatnim roku tyle co ja. Do 10 miesiąca życia pies po schodach chodził tylko w celach edukacyjnych, normalnie był noszony. Szkielet basseta to tak odjechana struktura, że po prostu tak trzeba. Co ciekawe masa nie sprawia tak dużej trudności jak proporcje- takiego psa po prostu trzeba umieć złapać, żeby nie uszkadzając sie i psa, go podnieść. Pielęgniacja szaty to w zasadzie pół do 1 godziny wyczesywania tygodniowo. Głównie w celu wybrania na raz tego, co przez następny tydzień zbierałoby się odkurzaczem. No i osławione uszy. Taaaakie długie, taaakie oklapłe, co drugi przechodzień diagnozuje mu potworne męki. Uszom nic nie jest. Cała praca, którą generują to 3 minuty czyszczenia co tydzień i nic się nie dzieje. Koszt dodatkowy- żwacz albo inne paskudztwo za cierpliwe przeczekanie gmerania. No i po spacerze jeśli łapy wymagają wytarcia, to uszy też. Zawsze. 

Dobrze nam razem.

08:36

Grajdół, a może graj-rów?

Grajdół, a może graj-rów?
Wybraliśmy się wczoraj z Notesem na kawowe posiedzenie w Beach Barze nad Odrą. Żeby posiedzenie było siedzeniem, a nie bieganiem za psem, kawę poprzedził dłuższy spacer. 
Dotarliśmy na plażę, zasiadłam na leżaczku, załatwiłam miskę z wodą, zapowiada się chwila relaksu dla wszystkich wielonogów. 
Mimo wszystko pies wyraźnie niezadowolony, bo nie fajnie, za gorąco i ogólnie to to jest jego pora drzemki, czego ja chcę od biedaka. Szybko jednak odkrywa, że problem upału da się rozwiązać- zaczyna kopać grajdół, przecież brzuszkowi będzie lepiej, jak poleży na mokrym piasku. 
Kopie, kładzie się. 
Niezadowolony wstaje- grajdół za krótki! Brzuszek tylko częściowo wchodzi! 
Nie daje za wygraną, kopie dłuższy dół...kopie, kopie, to nie grajdół już, to graj-rów! 
Kładzie się znów... I ciągle nie tak! Brzuszkowi już dobrze, ale klata?? Klata leży na paskudnym wygrzanym słońcem piasku! 
Patrzy na mnie w poszukiwaniu wsparcia. 


"Noteś, ty długi bardzo jesteś" to jedyne co mu mogę zaoferować. 
Chyba działa, bo rusza doskonalić rów. Kopie dzielnie, przykłada cielsko...teraz doooobrze! Dzień uratowany, można w spokoju z pod leżaka zerkać co tam się na stoliku pojawi.

video


Wychodzi, że nie tylko ja czasem zapominam, jaki z niego już ogromny facet.

02:10

DIY szarpaki, czyli przegląd technik w służbie psiej rozrywce

DIY szarpaki, czyli przegląd technik w służbie psiej rozrywce

Dziś zacznę od anegdoty. Od sytuacji, która po raz kolejny podniosła moją czułość wobec Pana Basseta na poziomy nie ogarnialne rozumowo.
Zrobiło się ciepło, wskakuję więc w nowe jeansy- takie z dziurami, wiszącymi z nich nitkami i innymi bardzo prowokującymi szczeniaka elementami. Pies oczywiście objawia zainteresowanie, paszcza niebezpiecznie kręci się koło wszystkich tych atrakcji. Kucam, patrzę w oczyska i mówię "Noteś, to nie jest do szarpania". Pies siedzi i myśli. Myśli parę sekund i nagle... gdyby to był komiks, nad uszami zapaliłaby się ogromna żarówka. Szpula do kąta z zabawkami i wraca z ulubionym szarpakiem! Temat spodni umarł, jakby go nigdy nie było. Szarpie się to, co do szarpania służy! I jak gościa nie kochać, kiedy tak uroczo pokazuje, że cała wkładana w jego edukację praca ma sens?

Gończe nawet w opisach ras mają opisane, że mogą nie być zainteresowane zabawkami. Działają na inne bodźce, tak po prostu. Notes jest jednak gończym, który kocha bezgranicznie swoją podwórkową przyjaciółkę Cleo. Cleo jest borderem. Nie da się bardziej kontrastowo zestawić dwóch ras, niż postawić bordera koło basseta. Niby teoria tak mówi, niby oba pieski są niemal idealnymi przedstawicielami swoich ras, a jednak tu "pyknęło". Na dodatek pyknęło bez szkody dla suni, a Notesowi wychodzi to na dobre. Nasza ospała buła nie jest na tyle niezależna, żeby nie kopiować zachowań koleżanki. Dodam, że kopiuje zachowania fajnego i sensownie prowadzonego psa. I bawi się świetnie przy okazji. 

Na sylwestra, najtrudniejszy psiarski dzień w roku, wypracowaliśmy z "rodzicami" Cleo wspólny plan działania. Po południu wybraliśmy się zbiorowo na długaśny spacer z dużą ilością zabaw, ćwiczeń i innych atrakcji. Plan był taki, że stwory mają się maksymalnie zmęczyć, żeby zanim się zaczną wystrzały, padły i spały możliwie mocno. Plan się, btw, powiódł, oba szczeniaki nie zwróciły uwagi na nocne hałasy. No, ale, co tam się nie działo na tym spacerze... tak poglądowo:









Fotki porobił "tatuś" Cleo, Łukasz Dubaniowski, to z wspólnym "obrabianiem" kija to moje ulubione.

Podczas tego spaceru Notes naoglądał się, jaka to fajna zabawa poszarpać się troszkę. Obejrzałam szarpak którego używaliśmy i tym razem to mi zapaliła się komiksowa żarówka nad głową. Przecież to się da zrobić samemu, dostosowanie pod konkretne potrzeby będzie nawet zabawne....lecę do domu kombinować!

Oto i rezultaty moich twórczych poszukiwań- jak na razie "crash testy" przeszły szarpaki wykonane w dwóch technikach. Obie nie wymagają żadnych narzędzi poza nożyczkami, więc nawet dla niewkręconych w craftowy światek nie stanowią wyzwania logistycznego.

1. Finger knitting

Wróciwszy do domu po pamiętnym spacerze przekopałam swoje resztki w poszukiwaniu materiałów. Wykopałam z przepastnych pudeł resztkę Bobbina (tzw. t-wool, długi pas bawełnianej dzianiny) i nie chcąc jeszcze go ciąć, wplotłam szybki szarpak na palcach. Jak dziecinnie prosta jest ta technika można zobaczyć na filmiku- można nawet upolować zakochanego w piesku kilkulatka i scedować na niego zadanie ;)


Moje szarpaki dorobiły się jeszcze frędzli na końcu dla podniesienia atrakcyjności.




Kierownik produkcji testował już w trakcie wykonywania ;)

Rezultat tak się prezentuje w użyciu:

video


Efekt jest chyba najlepszy przy moim typie psa. Notes waży w tej chwili prawie 25 kilogramów, jest więc nie tylko duży, ale i proporcjonalnie silny- szarpak z resztki bobbina po ponad dwóch miesiącach zabaw i kilku praniach  nie zmienił wyglądu. Dodatkowo jest bardzo sprężysty, co przy silnych szarpnięciach robi ramionom ogromną różnicę. Plus wyplatamy taką długość jak nam pasuje- przy niskim psie i wysokich właścicielach (jak u nas) to również przekłada się na wygodę użytkowania. Wydaje mi się, że takich jak nasze, ok 1,2m szarpaków z jednej szpuli bobbina powinno wyjść ok 6 sztuk, więc zabawa jest bardzo tania.

Minusy szarpaka wykonanego z t-wool są bardzo niewielkie. Ok, nie jest piękny- używamy tylko jednego pasma, więc jest jednokolorowy. Dość mocno się brudzi- przy zaślinionym bassecie odczuwa się to dość mocno, że mokra bawełna łapie natychmiast wszystko. Dość długo schnie po wypraniu, więc bardzo chwalę sobie, że użyta resztka była w kolorze na którym dość dużo "przejdzie" zanim będę miała problem z wzięciem go do ręki.

2. Makrama

Nienasycona bobbinowymi eksperymentami dość szybko pomaszerowałam do sklepu z tkaninami po kolorowe polary. Zachwycona wyborem kolorów poszalałam.



Mój osobisty stalker i tu nie pozostał obojętny- chyba mu się udziela moje podekscytowanie tematem.

Pokopałam chwilę w książkach Jadwigi Turskiej o makramie - nie znam lepszych opracowań niż te stare już pozycje. Z tego co wiem, są do zdobycia w większości bibliotek. Skutkiem kwerendy doszłam do wniosku, że różnorodne sznury wykorzystywane przy wyrobie bransoletek Shamballa to może być to.
Rezultaty wyszły pięknie:


Makramowe szarpaki mają wszystko, czego brakuje tym wykonanym techniką finger knitting. Są kolorowe, mają różne faktury, w zależności od tego, w jak szerokie pasy potnę polar, wychodzą różne grubości. Bez większego trudu wplata się w nie zabawki (niestety, szarpak z zabawkami zjedzono zanim się doczekał zdjęć).

Mają jednak szereg wad, które zdyskwalifikowały je u nas. Podkreślam, u nas.
Dla ciężkiego i silnego psa są prozaicznie za delikatne. Niezależnie od tego, jak mocno je ściskam przy splataniu, po paru sesjach zabaw wyglądają tak:


Nie "wracają" po mocnym naciąganiu, splot się przesuwa i wyłazi wypełnienie ze środka.  Polar jest delikatniejszy niż bawełna- po paru sytuacjach, kiedy Notes dorwał się samodzielnie do ciamkania szarpaków pożegnaliśmy się z kilkoma. Wydaje mi się, że ta pierwsza wada to po prostu niedopasowanie towaru do klienta- przy lżejszym psie mogłyby się nie niszczyć tak szybko.
Dodatkową wadą jest długość- bela tkaniny ma standardowo 1,5 m szerokości. Jeśli chcemy kupić kilka kolorów tak, żeby raczej nie zostało nic co "się przyda", kupujemy np. paski po 20 cm. Czyli mamy prostokąt 150 x 20 cm. Jak go nie pociąć i nie posplatać wychodzi do 80 cm z frędzlami. Dla nas, szczególnie do 2 metrowego Księcia, to za mało.
Ale zdecydowanie dużo więcej jest zabawy z wyplataniem makram  ;)

04:18

Komunikacja z bassetem

Komunikacja z bassetem

Dwa dni temu miałam przyjemność posłuchać wykładu Alicji Milewskiej na temat komunikacji psów. Wysłuchałam z przyjemnością, bo i przekaz i jego forma bardzo mi odpowiadały. Wszystko, co było tam powiedziane obija mi się po głowie od piątku owocując uporczywym obserwowaniem Najdroższego Smętnego i różniastymi wnioskami. 
Głównym zagadnieniem omawianym na wykładzie było "jak psy komunikują stres". Wychodzi, że basseciątko jest gościem mało zestresowanym, a kiedy już coś mu nie pasuje komunikuje to bardzo jasno. To jego siadanie i rozglądanie się na boki jest fajnym i czytelnym sygnałem, że coś mu nie pasuje. Najczęściej nie pasuje, że mokro- klusek chodząc chlapie sobie na rzadziej porośnięty brzuch i prozaicznie marznie. Ok, jak brzuszkowi zimno możemy spacerować krócej. Całe szczęście, większość przyczyn jego niezadowolenia daje się łatwo i bez kolizji z naszymi potrzebami usunąć lub ograniczyć. 

Z ogromną radością obserwuję też, że nie wydawało mi się- Notes jest straszliwym pieszczochem. Przez te dwa dni, kiedy byliśmy razem prawie non stop, pokazał tylko raz, że coś mu tam nie leży w tym jak go dotykamy. Normalnie drapany czy głaskany natychmiast po zabraniu ręki nadstawia się po więcej, układa się na kolanach miękki i odprężony, nie sapie (chrapanie się chyba nie liczy?), nie oblizuje się, nie odwraca głowy. Wszystkie wymienione okazują się być komunikatami, że teraz nie jest najlepszy moment na tulenie. Notes wyznaje zasadę, że jak się kocha, nie ma sfery prywatności. Mogę udowodnić! Poniższa fotka nie jest pozowana- pies władował się na kanapę obok mnie, położył łeb na moim ramieniu i zasnął na kamień. Żadne bassety nie były tu przymuszane do niczego! Możecie mi wierzyć, jak bassetowi się nie podoba jego niesamowicie plastyczna paszcza pokazuje to jasno. 


Chyba największą korzyścią z wysłuchania tego wykładu jest to, że teraz czuję się bezpieczniej w tym co robię. Zawsze kiedy Notes siadał na chodniku i nie reagował na zachęty żeby iść dalej przywoływałam go do siebie, dotykałam przez chwilę, po czym wstawaliśmy i dawało się iść dalej. Miałam trochę dziwnych obaw w związku z tym schematem, ludzie zatrzymujący się i głośno twierdzący, że psuję psa nie pomagali. Okazuje się jednak, że to jest dobry sposób - skoro on nie czuje się komfortowo w tej sytuacji, a ja oferuję mu wsparcie, to tak postępując nie tylko rozwiązuję bieżący problem, ale i pogłębiam nasze relacje. Dzięki temu, że wiem, mam siłę do ignorowania ulicznych speców od tresury. W związku z tym gdy tylko minie prezentowo-wydatkowy grudzień rzucam się na księgarnie w poszukiwaniu tytułów z uprzejmie udostępnionej do fotografowania bibliografii wykładu. Chcę wiedzieć więcej ;)

Po skandalicznej jakości ale fajnych w przekazie zdjęciach na zakończenie piękny zadowolony Noteś. 


Dane o kolejnych wykładach można znaleźć na stronie Ołbińskiego Centrum Aktywności Lokalnej. 

12:15

Co daje nam przedszkole?

Co daje nam przedszkole?

Kiedy zapisywałam Notesa do psiego przedszkola pytałam o program pierwszego i drugiego stopnia szkolenia. W odpowiedzi padło: "na drugim to już zaawansowane rzeczy, ale wie Pani, to basset jest". Tak, w każdej galerii psów najmniej podatnych na szkolenie czy po prostu głupich pojawi się urocza mordka basseta. Dyskutowałabym.
Nasze dotychczasowe doświadczenie przedszkolne (w tym i dyskusje z przewodnikami, podczas gdy psy się bawią) wskazuje na to, że nie ma łatwych psów. Zawsze jest coś. Nasze "coś", to mówiąc kolokwialnie "rżnięcie głupa". Ale od początku.
Idąc na pierwsze zajęcia miałam ze sobą ciepłą i okazującą wiele uczucia kluskę, niezbyt ruchliwą, łagodną i z problemem "nie idę, posiedzę sobie". Naszą mocną stroną było przywołanie, naczytawszy się ileż to może być problemów z psem myśliwskim ćwiczyliśmy to w domu, szło nam całkiem nieźle. Zajęcia były całkiem przyjemne, przywołanie nas nie zawiodło, chodzenie na smyczy położyliśmy z kretesem. 
Co wiedziałam po tych pierwszych zajęciach, to że nie kłamano- Notes kocha wszystko. Ludzi, psy, kasztany. Okazało się, że socjalizacja mojego basseta "zrobiła się sama". Już przetestowałam, to działa nie tylko w grupie 3-6 miesięcy. Od pierwszej chwili się nie bał, trochę nie ogarniał, że ktoś może bawić się w bieganie i skakanie, ale chętnie wdawał się w zapasy z turlaniem w trawie. Przy odrobinie zmęczenia przechadzał się spokojnie między bawiącymi się psami, ogon obijał mu się o obie strony tyłka i robił wrażenie gościa szczęśliwego z tym co dzieje się wokół niego. Co się okazało, wzorowy pacyfista nawet po tym, kiedy w jednym tygodniu dużo większy od niego akita próbował go ustawić, tydzień później intensywnie sprawdza, czy dziś może się jednak pobawimy. Równocześnie jedak widzę, że po wyszarpaniu za uszy zaczął odrzucać je do tyłu gdy tylko zabawa robi się ostrzejsza. Dobrze mu to zrobi, jego wlekące się po ziemi uszyska i bez tego nie mają lekko. Jego zachowanie wśród innych psów jest cudowne i chętnie poprzestałabym na umacnianiu w nim tego wzorca, zabawy z innymi psami mają jednak dodatkowy pozytywny wpływ na kluchowatego. Od paru tygodni zabawy z bieganiem wchodzą w grę. Skacząco-biegajacy koledzy i koleżanki niezauważalnie dla mnie pokazali mu, że zabawy niestacjonarne też mogą być fajne.

   "Posiedzę, ty jak chcesz to idź" 

Trenowane od odbioru psa w siódmym tygodniu przywołanie nie zawiodło nas ani razu. Zgoda, Noteś czasem sobie pozwala na obwąchanie tej czy innej kupki liści po drodze, koniec końców jednak w prostej linii dociera do mnie. Ignorowanie rozproszeń, w tym przypadku całkowicie zgodnych z jego instynktami cały czas dopracowujemy. W tej chwili rozpraszają go tylko zapachy, ludzie czy psy nie przeszkadzają mu przybiec na komendę. Tak czy inaczej, zważywszy wiek jest super i mimo, iż powolutku kończymy okres naturalnego podążania za właścicielem nie psuje się.
Tylko to chodzenie na smyczy...chodzimy do przedszkola organizowanego przez wrocławski oddział ZKwP, bardzo dużo ćwiczymy prezentację wystawową. W pierwszy weekend po pierwszych paru krokach maszerowania po kole padało "Ok, omijacie Notesa", który leżał sobie w trawie i nic nie robił z mojego wołania, cmokania i machania smakami. Do przełomu doszło, kiedy zasugerowano mi odwołanie się do nosa tropowca- przetestowanie maksymalnie śmierdzących smaczków. Suszone sardynki uratowały chodzenie na smyczy! Co prawda odkąd je stosujemy mam jedną kurtkę treningowo-spacerową która koszmarnie cuchnie rybą, ale argument "psy które idą dostają rybkę", stopniowo przekształcany w "psy które szły dostaną teraz rybkę" zdziałał cuda. Nieco podnieśliśmy na moment poziom trudności innym psom w przedszkolu, bo za moją rybką szło urocze stadko. Całe szczęście, trenowanie z rybkami na każdym spacerze, codziennie, pozwoliło nam ograniczyć ich użycie do nagrody za specjalne zasługi już po dwóch tygodniach. Może to, że nie miałam nigdy przedtem potrzeby uczyć psa tej umiejętności sprawia, że te dwa tygodnie wcale nie brzmią jak strasznie długi czas nauki. Co ciekawe, jeśli przed wyjściem demonstracyjnie zapakowałam rybki do kieszeni pies nagle wszystko potrafił. Po kilku pierwszych treningach. Z tej obserwacji wynika wniosek ostateczny- bassety wcale nie są takie głupie jak się wydaje. Cała szkoleniowa energia idzie nie w wytłumaczenie psu o co mi chodzi, tylko w ugruntowanie w nim przekonania, że warto tak robić. Ok, w przeliczeniu godzin pracy na jedno wychodzi, jednak skrajnie niezależny brzmi niebo lepiej niż po prostu głupi.
Jeszcze do końca stycznia będziemy chodzić na zajęcia pierwszego poziomu. Mimo zniechęcającego tekstu pani w kasie chyba razem z kolegami przejdziemy na drugi poziom. Stoi za tym potwornie dużo pracy, ale teraz już nie odstajemy od grupy. A i trening zachowań w MPK dwa razy w tygodniu wtedy nie ucierpi. 


13:00

debiutant

debiutant

Powaga- basseciątko dziś debiutowało na wystawie. Pękam z dumy. 
W skrócie- prezentowaliśmy się jako młodsze szczenię, zarobiliśmy ocenę "wybitnie obiecującą" i zostaliśmy (ha ha) najlepszym szczenięciem w rasie. Ha ha- najlepszym, bo jedynym. Ale to "wybitnie" daje mi punkt wyjścia.
Z wystawianiem Notesa mieliśmy dylemat. Z jednej strony, psa wybieraliśmy do kochania, żadne tytuły i honory nie są do tego potrzebne. Z drugiej...jak już wybraliśmy szczeniaka po "pewnych" rodzicach, nagle się okazało, że przodkowie pewni to przodkowie ociekający tytułami. To może jednak? Ostatecznie stanęło na "pojedziemy raz, jak ani jego ani nas nie będzie boleć, to będziemy jeździć". Wszystko nabrało rozpędu, bo przedszkole wrocławskiego ZKwP wiele uwagi przykłada do umiejętności związanch z prezentacją. To stamtąd wyniosłam przekonanie, że jak sprawdzać czy to fajne, to sprawdzać wcześnie. Że ewentualne błędy, które młodszemu szczenięciu uchodzą, będą wstydliwe już niedługo później. Skoro mieścimy się w klasie, gdzie niedoświadczony on i niedoświadczona ja spotkamy się z wyrozumiałością, to jedziemy teraz zaraz. Oj, przydała nam się ta wyroumiałość. 
Już na wejściu pies się cieszył, ja struchlałam. Pod ringiem w którym miały prezentować się gończe tłum, ciasno... przyznaję, pomyślałam, ze Noteś od nadmiaru wrażeń po 10 min szaleńczego witania się ze wszystkimi usiądzie i będzie popiskiwał, że ratuj, za dużo, przerosło mnie. Postanowiłam, że nawet jak się tak stanie, to ok, rezygnujemy z prezentacji, zabiorę go do auta, odpocznie, potem znów na trochę wejdziemy pooswajać ten chaos. Nic takiego się nie stało. Poza bezczelnym wychłeptaniem wody czekających po sąsiedzku beagle'i zachowywał się wspaniale. Może troszkę ze swoją miłością do wszystkiego co żyje napraszał się innym psom, ale nic nie do opanowania. Beaglom oddaliśmy wodę z naszej butelki, całe szczęście właścicielka podeszła do sytuacji z humorem. 
Sama prezentacja... mogło być gorzej. Całe szczęście tknęło mnie, żeby nieustraszonemu tropowcowi pozwolić przed rozpoczęciem imprezy obwąchać ring. Gdybym tego nie zrobiła chyba nie przeszlibyśmy nawet paru kroków. Taki ring to masakra dla basseta w tym wieku. Albo dla tego basseta, który jeszcze nie potrafi na długo skupić się na mnie i ignorować zapachów. Super czuły nos zaraz nad ścieżką, którą wczoraj przeszły dziesiątki psów mocno utrudnił koncentrację na zadaniu. Kiedy przyszło do prezentacji te zapachy były już "obczajone", bez szału. (Tu małe postanowienie, jeszcze nie wiem jak, ale zadaję sobie lekturę na temat ćwiczeń węchowych, szczególnie w porzucaniu tropu. Nasze wspólne życie bardzo się ułatwi, kiedy zaczniemy się komunikować w tej kwestii.) Ok, zrobiliśmy okrążenie, jako tako zrobiliśmy "w tę i z powrotem". Ustawiać się w pozycji nie umiemy. Niestety, od paru tygodni pracujemy nad tematem trzymania zadka nad ziemią, a nie sadzania go natychmiast gdy się zatrzymujemy. Do poprawnej pozycji jeszcze długa droga. Tu właśnie zadziałał magiczny przedział wiekowy- w żadnej ze starszych grup sędzia nie pomoże kolejno prezentować elementów, które powinna na raz pokazywać wzorowa pozycja. Nam pomógł. Ok, w ocenie mamy uwagę, żeby nad prezentacją popracować. Całkiem się z nią zgadzam ;) Reszta oceny, wraz z Notesa reakcją na imprezę wskazują kierunek- będziemy się prezentować, kiedy tylko nauczymy się robić to dobrze. Pies nie ma żadnych wad, które by przedsięwzięciu odbierały sens, znosi wystawę na spokojnie. A my musimy naszemu psu bardziej ufać- w drodze powrotnej wyszło na jaw, że zwątpienie na wejściu ogarnęło i mnie i Księcia, nie zapeszaliśmy wtedy, ale oboje musimy popracować nad sobą. 





Zdjęcia "z paluszkiem", Książe tłumaczy, że z przejęcia nie zapanował nad aparatem.  

Mimo, że jako najlepszemu (jedynemu) młodszemu szczenięciu w rasie przysługiwało nam prawo do udziału w konkursie "międzyrasowym" wybraliśmy opcję "dzień taki piękny, Przedgórze Sudeckie piękne niezmiennie". Pierwotny plan zakładał powrót na wystawę za parę godzin, jednak reprezentacyjność psa spadała proporcjonalnie do wzrostu zadowolenia z bobrowania po krzaczorach...znaczy szybko. 



14:09

Kolega Notes

Kolega Notes
To już jutro. Basseciątko skończy 4 miesiące. W tych 4 miesiącach ponad dwa jest z nami, conieco już o sobie wiemy. Żeby sensownie pisać o codzienności z stworem muszę chyba najpierw wrócić do decyzji z wczesnej wiosny- dlaczego pies, dlaczego taki. Całe szczęście, odpowiedź nie cała zmieści się na zdjęciu.


I drżyjcie Ci, którzy wyłącznie na tej podstawie wybieracie basseta. Nie zrobiliśmy sobie tej krzywdy. Jak w brodatym żarcie- jesteśmy dorośli, więc głupie rzeczy robimy z całkowitą świadomością. 
Jak do tego doszło, że dziś zmieniamy się w masło kiedy wspaniały egzemplarz rasy z potwornie złą prasą tak patrzy? Nasze, Księcia i moje, doświadczenia z psami były skrajnie różne. Ja z domu rodzinnego wyniosłam przekonanie, że Polskie Owczarki Nizinne to wszystko co w psie może być cudowne, Książe ze wzruszeniem wspomina dzieciństwo z Foxterierką. Postanowiliśmy więc ugryźć sprawę od innej strony: co mamy psu do zaoferowania. I dobieraliśmy rasy, które docenią: to, że w domu niemal non stop ktoś jest, to, że mamy teren do biegania, ale nie codziennie dostępny i odwiedzany przez turystów. Jesteśmy raczej aktywni z Księciem, ale bardziej w stylu wielokilometrowych marszy, niż biegów. Ja dodałam jeszcze "zgodzę się na upór, zgodzę się na niesforność, ale potencjalnej agresji mogę nie dać rady rozpracować", Książę dodał, że on to by myśliwskiego chciał. No i pula się zawężała- odpadły owczarki, bo nam turystów pozjadają (no dobra, odstraszą, albo będą zestresowane i nieszczęśliwe, że Ci turyści są na ich terenie i jeszcze na dodatek do ich człowieków podchodzą), ogólnie wszystko, co zaborcze i terytorialne odpadło. Odpadły wszystkie rasy, które w opisach miały uwagę "wymagają bardzo starannej socjalizacji". Zwyczajnie oceniliśmy swoje możliwości i to byłoby ponad nie. Kiedy jeszcze dodaliśmy, że pies, to dobrze, żeby conajmniej wielkości kucyka był pula już była naprawdę niewielka. 
Może to głupie, ale wszystkie cudownie wielkie potwory ze swoimi cudownie długaśnymi nogami dla mnie sugerowały jedno- on ten nogi musi rozprostować. Biegać, biegać, biegać. Pamiętam, drobną przecież, PONkę, która całymi dniami z dziką radością ganiała po ogrodzie. Czy chcę tego pożałować psu, który mógłby mieć tyle radości z tego? NIE. Czy ja lubię biegać? Nie. Teren do codziennego bezpiecznego biegania w centrum Wrocławia....fantastyka. 
A basset hound? Duży, ale raczej piechur niż biegacz. Uparty, ale niezwykle łagodny i kochający wszystko co żyje. Myśliwski. Jeśli akurat będę w dziewiarskim ciągu albo do książki przyklejona na mur, 45 minut spaceru nie będzie mi obciążało sumienia. Byleby on mnie z tą książka widział, dramatu nie będzie. No i ta mordka! Mordka była wisienką. Oczywiście, tort miał masę kwaśnych miejsc. Co jak co, ale "jedna z najgłupszych ras"? Taki chorowity? Uparciuch? Rezultat rozważań dziś jest oczywisty. Te ponad 2 miesiące razem, poza mocnym zaakcentowaiem "uparty" równie mocno zaakcentowały wymienione pozytywy. Na całe szczęście, tylko uparciucha i pozytywy. 
Copyright © 2016 Bassecie Notki , Blogger