11:33

Rok z bassetem- historia prawdziwa

Rok z bassetem- historia prawdziwa



Wczoraj minął rok odkąd zobaczyłam po raz pierwszy coś, co miało stać się moim psem. Wtedy wyglądało jak nie do końca okreslonego pochodzenia ślepa kluska. Obiecali, że urośnie na basseta, to uwierzyłam. Zarezerwowałam. Czy wiedziałam wtedy, że życie mi stanie na głowie, a poczytalność będzie mglistym wspomnieniem? Pewnie należało się spodziewać.

Oszalałam na punkcie tego stwora. Pewnie dlatego, że reprezentuje dokładnie to, czego jako dorosła osoba chciałam od psa. Ta mordka to już w dzieciństwie mi się podobała. Moment utraty poczytalności udokumentowano. Wyglądał tak:


Albo tak:


Ciężko określić, kiedy poczułam się opiekunem tego (już całkiem na basseta wyglądającego) stworka.

Pierwszym poważnym odkryciem było to, że nie kupiłam psa. Kupiłam nos.


Cała reszta jest tylko tego nosa przedłużeniem, o długości adekwatnej do klasy nosa. Mała ilustracja:

Notes jest kompletnie zdominowany przez swój zmysł powonienia. W jego hierarchi ważności stoi on na ex equo pierwszym miejscu z jedzonkiem i spaniem. Zwycięzcy są wybierani na potrzebę chwili. To też narzuca nam konkretne aktywności- nie chodzę psa wybiegać, chodzę na węszonko. Nie ma dla niego fajniejszego spaceru nad taki, na którym może w spokoju obwąchać wszystko co by chciał. Spacerujemy więc noga za nogą pod dyktando nochala. Całkiem to pasuje i do mojej natury, taki kontemplacyjny spacer naprawdę dobrze mi robi. 

Mówiąc generalnie, niczego nie żałuję. Mój pies jest tym, co od psa chciałam. Owszem, wybrałam trudną rasę. Z tym nie podyskutuję. Mimo wszystko to, na czym naprawdę nam zależało, dało się psu wpoić. Notes (prawie) nie jada pod chmurką. Prawie, bo istnieje jedna rzecz, która stanowi pokusę nie do pokonania. Skóra z banana. Nie pytajcie. Po prostu jest atrakcyjna bardziej nawet niż sardynka, wołowe serce czy parówka. 
W tej chwili już nie niszczy nic i ogarnia gdzie w mieszkaniu nie wolno wchodzić. 
Całkiem nieźle działa nam przywołanie. Jak (rzadko już, sardynki czynią cuda) nie działa, znaczy, że tam coś pachnie i przyjdzie jak powącha. Przyjdzie. 
Jest może jeszcze parę rzeczy, nad którymi tak naprawdę pracowaliśmy. Reszta... świadomie wybrałam nieposłusznego psa, poza funkcjonalnymi podstawami po prostu mi jego posłuszeństwo czy jego brak nie robi.

Równocześnie, na aktualnym poziomie rozwoju psiej osobowości posiadam zwierzę niezwykle bystre (ok, cwane, ale to nie jest głupota). On świetnie zna komendy, po prostu wie, że jego niespodziewane posłuszenstwo moze być kartą przetargową, więc wykonuje je okazjonalnie. (Istnieje góra anegdot na potwierdzenie.)
Nie znam łagodniejszego zwierzęcia. Może nie poznałam. 
Pies się nie boi. Ewentualnie jak coś mu nie do końca pasuje to przyjdzie się przytulić. Tylko tyle.

I ta najpiękniejsza rzecz- on nie zapamiętuje negatywów. Pan weterynarz to fajny gość, zawsze mnie pomizia, czasem nawet da ciacho. To co przed mizianiem nie było fajne? A nie pamiętam, ważne, że miział, więc 100 metrów od gabinetu wpadam już w podekscytowanie, przecież idziemy tych miłych ludzi odwiedzić. A ten pies co mnie tak po uszach pogryzł, że aż dziura była? Nie pamiętam, pomerdam ogonem, może dziś zabawa wyjdzie lepiej. Taki jest schemat. Tak to wygląda ze wszystkimi psimi zmorami.

Trzeci aspekt, który w tej chwili mam już nieźle zweryfikowany, to pielęgnacja szanownej psiej fizjonomii. Tu też bez zaskoczeń. Odrobiwszy pracę domową przed zakupem psa nie zdziwiliśmy się zanadto. Napewno nie jeden crosfitter nie nadzwigał się w ostatnim roku tyle co ja. Do 10 miesiąca życia pies po schodach chodził tylko w celach edukacyjnych, normalnie był noszony. Szkielet basseta to tak odjechana struktura, że po prostu tak trzeba. Co ciekawe masa nie sprawia tak dużej trudności jak proporcje- takiego psa po prostu trzeba umieć złapać, żeby nie uszkadzając sie i psa, go podnieść. Pielęgniacja szaty to w zasadzie pół do 1 godziny wyczesywania tygodniowo. Głównie w celu wybrania na raz tego, co przez następny tydzień zbierałoby się odkurzaczem. No i osławione uszy. Taaaakie długie, taaakie oklapłe, co drugi przechodzień diagnozuje mu potworne męki. Uszom nic nie jest. Cała praca, którą generują to 3 minuty czyszczenia co tydzień i nic się nie dzieje. Koszt dodatkowy- żwacz albo inne paskudztwo za cierpliwe przeczekanie gmerania. No i po spacerze jeśli łapy wymagają wytarcia, to uszy też. Zawsze. 

Dobrze nam razem.

08:36

Grajdół, a może graj-rów?

Grajdół, a może graj-rów?
Wybraliśmy się wczoraj z Notesem na kawowe posiedzenie w Beach Barze nad Odrą. Żeby posiedzenie było siedzeniem, a nie bieganiem za psem, kawę poprzedził dłuższy spacer. 
Dotarliśmy na plażę, zasiadłam na leżaczku, załatwiłam miskę z wodą, zapowiada się chwila relaksu dla wszystkich wielonogów. 
Mimo wszystko pies wyraźnie niezadowolony, bo nie fajnie, za gorąco i ogólnie to to jest jego pora drzemki, czego ja chcę od biedaka. Szybko jednak odkrywa, że problem upału da się rozwiązać- zaczyna kopać grajdół, przecież brzuszkowi będzie lepiej, jak poleży na mokrym piasku. 
Kopie, kładzie się. 
Niezadowolony wstaje- grajdół za krótki! Brzuszek tylko częściowo wchodzi! 
Nie daje za wygraną, kopie dłuższy dół...kopie, kopie, to nie grajdół już, to graj-rów! 
Kładzie się znów... I ciągle nie tak! Brzuszkowi już dobrze, ale klata?? Klata leży na paskudnym wygrzanym słońcem piasku! 
Patrzy na mnie w poszukiwaniu wsparcia. 


"Noteś, ty długi bardzo jesteś" to jedyne co mu mogę zaoferować. 
Chyba działa, bo rusza doskonalić rów. Kopie dzielnie, przykłada cielsko...teraz doooobrze! Dzień uratowany, można w spokoju z pod leżaka zerkać co tam się na stoliku pojawi.



Wychodzi, że nie tylko ja czasem zapominam, jaki z niego już ogromny facet.
Copyright © 2016 Bassecie Notki , Blogger